15 kwietnia 2026

Ponurzyca

Wszystkie zdrowe myśli się rozpierzchły, został tylko jaszczurzy instynkt.


Jaszczurka we mnie ze wszystkich sił próbowała zwabić mnie podstępnie z powrotem pod ciepłą kołdrę.

 

Zapakowałam do plecaka kanapki i termos z ciepłą herbatą.

 

Jaszczurka wciąż patrzyła na mnie zadziwiona, zastygła w bezruchu. Przecież masz urlop, kobieto! Syczała.

 

Powoli, konsekwentnie, udałam się do samochodu zaopatrzona w ciepłą kurtkę i moje wysłużone buty, a także aparat fotograficzny.

 

Jadąc nieznaną mi wcześniej drogą pocieszałam się dawno niesłyszanymi opisami przygód wśród natury Pani Elizy i Pana Sułka. 

 

Gdy nareszcie zjechałam z rozpędzonej pięćdziesiątki i ujrzałam drogowskaz z napisem Ponurzyca, mimo ponurej jej nazwy odczułam cichą radość. Droga wiła się pomiędzy ścianami drzew. Gdzieniegdzie widać było ukryte domy, a ja w sercu i głowie odnalazłam ciekawość.

 

Zaparkowałam przy przepięknym budynku tamtejszej świetlicy, wysiadłam z samochodu i zadziwiła mnie niewzruszona cisza oraz brak jakiejkolwiek istoty ludzkiej w zasięgu wzroku.

 

Zielonym szlakiem dotarłam do zabudowań, które w bajkowy sposób stały skierowane ku słońcu i wygrzewały swoje kolorowe deski w ten raczej zimny poranek. Imponowały mi prastare drzewa, których bezlistne konary dobrze podkreślały ich wielkość i majestat. Gdy dotarłam do czardrzewa  stanęłam oszołomiona i na różne sposoby próbowałam zrobić takie zdjęcie, by oddać na nim niezwykłość tego zjawiska. Jednak - jak to bywa w zetknięciu z czystym pięknem - musisz zobaczyć je sama, bo żadna fotografia czy film nie odda atmosfery tego miejsca. Wyrosłe w jednym miejscu, złączone ze sobą w jakimś magicznym kręgu, gałęzie pochyliły ku ziemi, tworząc zadaszenie, schronienie przytulne, lecz wciąż majestatyczne.

 

Gdy szlak żółty spotkał się wreszcie z niebieskim, przysiadłam w małej wiacie, która na pewno otrzymała dofinansowanie z jakiegoś fantastycznego programu unijnego. Widok roztaczał się stamtąd jednak smutny, gdyż w miejscu, gdzie powinna stać woda jeziorka Żółw była jedynie... dziura. Ani kropli wody. Kanapki smakowały nieziemsko. Odczucia takie w samotnej wędrówce zdają się o wiele silniejsze niż inne. Zdają się nowe, odświeżone, jedyne. Wpisują się mocno w pamięć mimo swojej pozornej zwykłości.

 

Droga powrotna do Ponurzycy (szlak niebieski) zaoferowała mi nieciekawe widoki, jedną osobę ludzką zajętą zbieraniem grzybów (?) oraz smukłe sosny, które w sumie uratowały tę część wędrówki. 

 

Ostatnie metry po asfalcie, rzut oka na piękny ganek w starym domu, kapliczka z tłem fotowoltaiki. Ostatnie zdjęcie i z powrotem wracam do rzeczywistości.

 

Jak przypływ i odpływ. Jak wdech i wydech. Początek wędrówki, ciekawość i apetyt na nowe, wreszcie umowny szczyt, a potem powolne schodzenie z powrotem do punktu wyjścia. Ale czy w mroźny poranek stojąc na progu mojej drogi byłam na pewno taka sama, jak wtedy, gdy doszłam z obolałymi stopami w to samo miejsce?